O mnie

w różnego rodzaju ligi fantasy bawię się od 2002 roku. Na poczatku była to bardzo fajna gra (nie pamietam nazwy) w której codziennie należało wybrać swoją piątkę graczy (spośród wszystkich graczy nba) i trenera nie przekraczając przy tym budżetu 100 punktów. Potem przez szereg sezonów grałem w ligach roto. W ubiegłym roku po raz pierwszy zagrałem w H2H i musze przyznać, że ta formuła najbardziej mi się podoba. W sezonie 10/11 gram w czterech ligach (w tym 3 h2h i jedna - niezmiennie ta sama od lat - roto). Zapraszam do dyskusji wszystkich NBA freaks!;)

piątek, 15 kwietnia 2011

I co dalej czyli przegrani sezonu 2010/2011

Do końca Regular Season pozostało około 10 gier dlatego naturalnym jest to, że uwaga skupia się na 16 najlepszych zespołach. W końcu to one będą walczyć przez najbliższe 2 miesiące z hakiem o tytuł i pierścienie mistrzowskie. Wysoce prawdopodobne jest, że będą to: Bulls, Celtics, Heat, Magic, Hawks, Sixers, Knicks i Pacers na wschodzie oraz Spurs, Lakers, Mavs, Thunder, Nuggets, Portland, Hornets i Grizzles na zachodzie. Oczywiście szanse na załapanie się do tego grona mają jeszcze Bobcats , Bucks, Rockets i Suns, jednak biorąc pod uwagę obecną formę i wyniki tych drużyn, jak również ostatnie wyniki ich rywali w walce o Play Offs, są to szanse dość mgliste.
Tak więc kiedy najlepsza szesnastka rozpocznie w połowie kwietnia walkę o tytuł, pozostałe 14 ekip będzie już „wędkowało” gdzieś nad jeziorem Michigan. Które z tych drużyn mają jednak największe szanse na to aby w najbliższych latach odwrócić los i stać się kolejnymi Thunder?
1.       LA Clippers
Już w tym sezonie był moment, kiedy wydawało się, że Kopciuszek z Miasta Aniołów będzie w stanie namieszać w pierwszej ósemce zachodu. Po kiepskim starcie (5-21 do połowy grudnia), Clippers  byli bowiem gorący niczym South Beach. Wygrali 5 z kolejnych 6 meczy i zamknęli rok z wynikiem 10-23. Oczywiście najważniejszym czynnikiem tej przemiany był Blake Griffin, który mimo, że od początku sezonu zachwycał swoją finezją ponad obręczą, to właśnie w okolicy polowy grudnia do określenia „efektowny” dołożył na stałe „efektywny”. W styczniu z rekordem 9-5 byli w czołówce ligi i wydawało się, że Griffin wraz z Gordonem mają szanse poprowadzić Clippers do pierwszych od 2006 roku Play Offs. Niestety w lutym kontuzję złapał Eric Gordon, co przełożyło się na wynik drużyny 2-12. Marzenia o dobrym miejscu trzeba było w tym momencie odłożyć na następny sezon.
Patrząc na pechową czternastkę, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to właśnie Clipps mają przed sobą najbardziej świetlaną przyszłość. Mają w składzie dwie młode, ale już w tej chwili bardzo doświadczone i sprawdzone gwiazdy w osobach Blake Griffina i Erica Gordona. Po kontuzji wrócił w końcu Chris Kaman i udowadnia, że w dalszym ciągu może grać na poziomie, który zapewnił mu udział w meczu gwiazd. Pod nieobecność Chrisa bardzo dobrze radził sobie DeAndre Jordan, młody środkowy, który bardzo dobrze rozumie się z Blake Griffinem – zarówno na jak i poza boiskiem. Drużyna z LA pozyskała też z Cleveland rozgrywającego Mo Willamsa, który mimo, że ostatnio ma spore kłopoty z utrzymaniem się w zdrowiu to jednak wydaje się bardziej godnym zaufania niż niewątpliwie bardziej utalentowany w kierunku prowadzenia gry Baron Davis. Baron mógł być świetnym uzupełnieniem tej młodej drużyny. Doświadczony rozgrywający, który widzi bardzo dużo i potrafi zarówno podaniami jak i rzutami rozstrzygać mecze na styku.  Problemem jednak okazała się tutaj etyka pracy Davisa oraz jego ego. Baron rozpoczął sezon zupełnie nieprzygotowany, ze znaczną nadwagą i jeszcze większą chęcią udowodnienia żółtodziobowi Griffinowi, że to nie on lecz Baron jest liderem tego zespołu. Jednak odpowiedź ze strony organizacji była jasna – stawiamy na Blake’a i to on jest centralną postacią tego zespołu. W efekcie Davis wylądował na trybunach, gdzie miał czas na przemyślenie sprawy oraz na doprowadzenie swojego organizmu do formy meczowej. W międzyczasie rolę pierwszego rozgrywającego powierzono 20 letniemu debiutantowi z Kentucky – Ericowi Bledsoe. Niestety szybko się okazało, że to trochę za wysokie progi dla młodziaka, który nawet w college’u nie był pierwszym playmakerem (zmieniał Johna Walla). Bledsoe pokazał jednak przebłyski talentu i poza oczywistym brakiem doświadczenia i regularności jest to na pewno przyszłość Clippers na tej pozycji.
Dodając do tego kolejnego debiutanta, 20 letniego Al-Farouq Aminu, grającego na pozycji SF mamy obraz tego, jak za rok, dwa wyglądać może pierwsza piątka Clippers.
PG – Bledsoe ’89 rok
SG – Gordon ’89 rok
SF – Aminu ’90 rok
PF – Griffin ’89 rok
C – Jordan ’88 rok
W odwodzie czeka jeszcze jeden rookie, Willie Warren, kolega Blake’a z Uniwersytetu Olkahoma – rocznik 89.
Gordon i Griffin już w tej chwili grają jak doświadczeni gracze. W przyszłym roku dołączyć do nich powinni pozostali z wymienionej wyżej grupy i może to oznaczać, że Clippers staną się nową siłą konferencji zachodniej. Czyżby to oznaczało koniec klątwy zwanej w pewnych kręgach Kliperyzmem?
2.       Houston Rockets
Rakiety walczą jeszcze mimo wszystko o Play Offs, jednak nawet jeśli jakimś cudem uda im się wyprzedzić Memphis to nie ulega kwestii, że znajdują się oni w fazie przebudowy. W Houston już chyba wszyscy pogodzili się z faktem, że Yao nie wróci już do gry. Nie jest to oczywiście dobra wiadomość dla organizacji bo Yao, gdyby był zdrowy, mógłby być kimś takim jak Shaq w najlepszych latach swojej kariery. Uważam jednak, że zakończenie okresu „czekania na Yao” oczyści w pewien sposób Houston i pozwoli im zacząć od początku. A pierwsze kroki już poczyniono. Przede wszystkim pożegnano się z Aaronem Brooksem, zdobywcą ubiegłorocznej nagrody „Most Improved Player”, który po doskonałym ubiegłym sezonie w tym roku zagubił się na całej linii. Zaczęło się od kłopotów zdrowotnych, które pociągnęły za sobą brak wysokiej formy, utratę miejsca w pierwszej piątce i w końcu problemy wychowawcze. Myślę, że definitywnie o przyszłości Brooksa w Houston przesądziły te ostatnie i Aaron musiał przenieść się do Phoenix.
W tej chwili ciężko jednoznacznie oceniać drugi ruch Rakiet, pozyskanie z Memphis centra Hasheema Thabeeta z zamian za Shane Battiera. Tanzańczyk w ekipie Grizzlies był dopiero 3,4 wysokim w rotacji i nie był w stanie przebić się i  pokazać z dobrej strony. Na chwilę obecną jest to jeden ze słabszych draftowych dwójek w historii. Być może Hasheem będzie w stanie, przynamniej w jakimś stopniu odrodzić się w Houston i wykorzystać swoje niebagatelne warunki fizyczne. Wymiana ta była jeszcze jednym sygnałem, że w Houston pogodzono się już z utratą Yao. Podobno wysoko na liście życzeń Rakiet był Marcin Gortat i to właśnie jego chcieli pozyskać w wymianie za Brooksa, jednak Słońca (dla których gra Marcina jest jednym z niewielu powodów do optymizmu) zablokowali ten trade.
Na gwiazdę wyrasta natomiast, do niedawna zmiennik Brooksa, Kyle Lowry. Jest to zupełnie innego typu zawodnik, bardziej nastawiony na kreowanie partnerów oraz na walkę o każdą piłkę w każdej sytuacji. A jeśli dodać do tego mentalność lidera (której ponoć Aaron nie posiadał) to decyzja komu powierzyć rolę pierwszego rozgrywającego staje się dość prosta.
Lowry wraz z Kevinem Martinem tworzą obecnie jeden z lepszych backcourtów NBA. Ten drugi rozgrywa bardzo dobry sezon. Przede wszystkim jest zdrowy, co w poprzednich latach było jego największym problemem. W poprzednich trzech sezonach rozgrywał on maksymalnie 61 meczów. W tym nie opuścił jeszcze żadnego. Poprawił też znacznie skuteczności notując 44% z gry (najwyższa od sezonu 07/08), 39% za trzy (najwyższa od sezonu 08/09) oraz rzutów osobistych 89% (najwyższa w karierze). Pozostałe statystyki utrzymuje na swoim stabilnym poziomie.
Trzecim liderem tej drużyny jest Argentyńczyk, Luis Scola. Ten silny skrzydłowy jest na przestrzeni ostatnich lat najrówniej grającym zawodnikiem Rakiet. W ciągu trzech pierwszych lat gry w NBA nie opuścił on nawet jednego meczu. Na przestrzeni całej kariery Luis trafia solidne 50% z gry oraz 75% z lini osobistych. Ponadto, zbiera regularnie ponad 8 piłek na mecz, notuje około 2 asyst. W tym sezonie poprawił też o ponad 2 punkty swoją średnią, która wynosi teraz 18,3.
Na trójce, po odejściu Battiera, minuty dzielą między sobą dwaj młodzi skrzydłowi Chase Budinger i Courtney Lee. W tej chwili w piątce wychodzi ten pierwszy a Lee daje swojej drużynie bardzo wartościowe minuty z ławki. Tak więc pozycje 1-4 wyglądają w Houston bardzo solidnie i co ważne perspektywicznie. Najgorzej jest niestety na centrze, ponieważ z całym szacunkiem dla najniższego centra świata (Chuck Hayes 6’6”) oraz jego waleczności i wszechstronności, z takim wzrostem nie jest w stanie przeciwstawić się połowie środkowych NBA. Jego zmiennik, Brad Miller to już nie ten sam zawodnik co w czasach Sacramento. Częściej leczy kontuzje niż gra i trzeba się liczyć z tym, że każdy rok przybliża go do końca kariery. Rakiety mają wprawdzie dwóch młodych i obiecujących podkoszowych w osobach Patricka Pattersona (rookie z Kentucky) oraz Jordana Hilla (drugoroczniak z Arizony) jednak przy wzroście odpowiednio 6’9” i 6’10” są oni raczej predestynowani do gry na PF.
Nie jestem przekonany czy Thabeet będzie odpowiedzią na problemy Rakiet ze środkowymi. Co gorsza nie są chyba także przekonani co do tego sami trenerzy. Odsyłając Tanzańczyka zaraz po wymianie do d-league wyrazili się dość jasno. Nasuwa się tylko pytanie: w takim razie po co w ogóle ten trade? Prawdę mówiąc liczyłem ze w Houston Thabeet będzie miał przynajmniej okazję zagrać te 10-15 minut w meczu żeby zacząć się trochę ogrywać w tej lidze. Być może powodem było to, że Shane jest w ostatnim roku kontraktu i w teksasie wiedzieli już, że nie mają zamiaru negocjować z nim nowej umowy. Wiedzieli też że tak dobry defensor i człowiek od czarnej roboty bez problemu znajdzie sobie miejsce pracy u któregoś z condenderów za pieniądze, których oni nie zamierzali mu płacić. Być może takie podejście ma sens. Drużyna jest w przebudowie i zdecydowanie lepiej jest zacząć „ogrywać” młodych Budingera i Lee niż dawać po 30 minut na mecz 33-letniemu już Battierowi. Tak czy inaczej jeśli Thabeet nie przepracuje solidnie lata i nie zacznie spełniać pokładanych w nim oczekiwań to Rakiety będą znów musiały myśleć o pozyskaniu jakiegoś wartościowego środkowego.
3.       Golden State Warriors
Ta drużyna już w tym sezonie posiadała wszelkie zasoby ku temu aby stać się liczącą się siłą konferencji zachodniej. Monta Ellis I Steph Curry zapowiadali się na najlepszy duet obrońców w lidze. Niestety ten drugi zawodzi, gra bardzo nierówno i świetne mecze (za poziomie 30 pkt, 10 ast, kilku przechwytów i bardzo dobre skuteczności) przeplata meczami, które kończy z dorobkiem 5 punktów i 5 strat. Wojownicy mają w składzie jednego z kandydatów do tegorocznej nagrody MIP – Dorrella Wrighta, który rozwinął się niesamowicie w porównaniu do ubiegłego sezonu w Miami Heat. Podporą drużyny miał być David „double-double machine”, lub jak kto woli „wielka nadzieja białych” Lee. W Nowym Jorku gracz ten odznaczał się niebywałą wręcz regularnością. Większość meczy kończył z dorobkiem grubo powyżej 20/10 i przy świetnych skutecznościach zarówno z gry jak i z linii. Niestety w barwach Warriors jego statystyki poszły zauważalnie w dół. O ile w punktach jest to poniekąd zrozumiałe przy takich strzelcach jak Curry, Ellis i Wright to spadek zbiórek naprawdę ciężko racjonalnie wyjaśnić, tym bardziej, że bardzo słabo i bardzo mało gra Andris Biedrins.
Warriors to kolejna drużyna dla której największym problemem jest środek. Tak jak wspomniałem Biedrins gra bardzo słabo a poza tym środkowy rzucający osobiste na skuteczności 16% nigdy nie będzie mocnym punktem drużyny. Na centrze z konieczności grywa częściej David Lee, jednak jego naturalną pozycją jest PF i tu czuje się on najlepiej. Poza tym gdy Lee gra na centrze nie bardzo wiadomo kto miałby zastąpić do na czwórce. Kolejnym fałszywym centrem jest w drużynie z Oakland Luis Amundson, waleczny i nieustępliwy obrońca jednak dość ograniczony ofensywnie zawodnik, który nie posiada talentu na miarę startera w NBA. Jest to raczej gracz z potencjałem na solidnego zmiennika. W połowie sezonu po kontuzji wrócił debiutant, Ekpe Udoh który ostatnio grywa nawet jako pierwszy środkowy. Jest to solidny gracz pod własną deską, dostarcza drużynie sporo bloków i zbiórek i jeśli będzie się prawidłowo rozwijał to ma szanse na stałe przejąć stanowisko pierwszego centra Warriors.
Przyszłość wyglądałaby złoto dla fanów drużyny z Golden State gdyby nie fakt, że ci gracze (może poza Udohem) już w tym sezonie powinni pokazać więcej i przynajmniej być teraz na miejscu Grizzlies i walczyć o Play Offy. Fakt, że tak się nie stało może i powinien niepokoić kibiców.
Naprawdę miałem problem z wyborem kolejnej ekipy. Skierowałem nawet swój wzrok na wschód, jednak nawet przy najszczerszych chęciach ciężko dostrzec tam jakieś pozytywy. O sytuacji w Cleveland nie będę nawet wspominał. Podobnie jeśli chodzi o Toronto czy Detroit. Niewiele lepsze widoki mają kibice w Charlotte i Milwaukee. Szczególnie Ci drudzy grają w tym roku paskudną koszykówkę. W tak słabej konferencji drużyna w której składzie jest Bogut, Jennings, Salmons, Delfino, Gooden, Ilyasova, Maggette, Redd, Douglas-Roberts czy Mbah a Moute powinna walczyć przynajmniej o 5-6 miejsce. Tymczasem Bucks są już praktycznie poza Play Offs i jest to jedno z największych rozczarowań konferencji wschodniej.
New Jersey? Ok., ich największym atutem są miliony ich właściciela oraz fakt, że niedługo grać będą na Brooklynie, co może pomóc ściągnąć do drużyny kilka głodnych sławy i czerwonych dywanów gwiazd. W tej chwili jednak, po raz kolejny drużyna zawiodła. Przed sezonem wydawało się że Brook Lopez, trójka ostatniego draftu Derrick Favors, strzelec Anthony Morrow oraz jakby nie było playmaker formatu All Star – Devin Harris powinni powalczyć o Play Offs. Niestety, co staje się pomału tradycją, Harris dużą część sezonu spędził na leczeniu kontuzji lub na dochodzeniu do formy. Favors początek sezonu miał słabszy co poniekąd zrozumiałe jeśli weźmie się pod uwagę że to 19-latek. Lopez, który miał być liderem tego zespołu i zarazem jednym z najlepszych centrów młodego pokolenia, po raz kolejny (i tym razem chyba definitywnie) przekonał wszystkich, że poza zdobywaniem punktów nie specjalnie umie (chce mu się?) robić cokolwiek innego. Kto by sobie zaprzątał głowę takimi głupotami jak obrona czy zbiórki?? Harrisa i Favorsa już nie ma w Newark. Jest za to Derron Williams i to powinno być chyba uznane za największy sukces i nadzieję na powrót prawdziwej koszykówki do New Jersey. Mogłoby, gdyby nie to, że Deron po sezonie 2011/12 stanie się wolnym agentem i jeśli nie poczuje, że jest w stanie walczyć z Nets o mistrzostwo, może zażyczyć sobie transferu, choćby za miedzę do NY Knicks. Tak więc Prokhorov ma jeden sezon (zakładając optymistycznie, że nie będzie lock outu) aby sprowadzić do miasta kilku wartościowych graczy, którzy przekonaliby Derona do przedłużenia kontraktu z Nets.
Na koniec zostawiłem sobie Wizards ponieważ, choć w tej chwili patrząc na tabelę na to nie wygląda, uważam, że mają oni stosunkowo niezłą pozycję wyjściową. Po pierwsze nie ma już w drużynie najszybszego rewolwerowca na wschód od Missisipi. Po drugie jest młody i piekielnie zdolny rozgrywający John Wall. Nie jest to może w tej chwili mój ulubiony gracz, ma pozersko-narcystyczne zapędy (patrz jego taniec przed jednym z meczów) i daleko mu do etyki pracy i charakteru Derricka Rose’a czy Westbrooka. Jednak jedna z najwyższych w historii średnia asyst wśród debiutantów (blisko 9 na mecz) plus niesamowita dynamika i szybkość sprawiają, że jest to na pewno materiał na wielkiego rozgrywającego. Po transferze Arenasa eksplodował wręcz talent Nicka Younga, który jest jednym z kandydatów do nagrody MIP. Coraz większą regularność pod koszem wykazuje JaVale McGee. Zaczyna być on nie tylko maszyną do bloków, ale także znaczącą siłą ofensywną oraz dostarczycielem solidnej porcji zbiórek. Wielki potencjał pokazuje rookie pozyskany w wymianie z Hawks – Jordan Crawford, który ma niesamowitą łatwość zdobywana punktów. Myślę, że już w przyszłym sezonie backcourt Wall, Crawford, Young będzie stwarzał kłopoty wielu drużynom. Największym problemem tej drużyny jest w mojej opinii samozwańczy lider i all star w jednej osobie czyli Andray Blatche. Moim zdaniem władze WIzards powinni pomyśleć o tym jak najlepiej zhandlować tego pana w przerwie letniej. Jest jeszcze tegoroczny draft, który mimo, że raczej nie będzie najmocniejszy to powinien dostarczyć kilku solidnych graczy a Wizards będą wybierać na 99% w pierwszej szóstce.
Tak więc jak widać na wchodzie raczej cieżko o hura optymizm i tak naprawdę jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że skład Play Offów w ciągu najbliższych kilku lat nie powinien się znacząco zmienić.
Wracając na zachód, rozpocznę od Phoenix Suns. Niestety poza postawą Gortata (tak jak pisałem wyżej) niewiele pozytywów można dostrzec w grze i polityce transferowej Suns. Trzej liderzy drużyny Nash, Hill i Carter mają odpowiednio 37, 39 oraz 34 lata. Paradoksalnie najgorzej z tej trójki wygląda Vince, który zwyczajnie nie jest w stanie dostosować swojego stylu gry do zmieniającej się motoryki. Grant jest w życiowej formie i oglądanie go w akcji to czysta przyjemność, szczególnie, że jest on defensywną siłą Słońc i w każdym meczu kryje praktycznie najlepszego gracza drużyny przeciwnej. Steve poniżej pewnego poziomu nie schodzi i dalej jest liderem NBA w asystach (czapki z głów) jednak obrońcą jest miernym, z każdym rokiem spada też jego średnia zdobycz punktowa. Steve ma jeszcze ważny kontakt na sezon 2011/12 jednak na pewno chciałby jeszcze powalczyć na zakończenie kariery o pierścień mistrzowski. W Suns, którzy wyglądają teraz jak jeden wielki plac budowy, raczej nie będzie to możliwe. Czy w takim razie może się zdarzyć, że poprosi on o wymianę? Jego nazwisko było już łączone z różnymi klubami przy okazji ostatniego, jakże burzliwego trade deadline. Najbardziej sensownym wg mnie wydawał się trade z Hawks w zamian za Josha Smitha, który dubluje się na pozycji PF z Alem Horfordem.  Jeżeli Steve odejdzie z Arizony to straci na tym cała drużyna a w szczególności nasz Marcin, który sam przyznaje, że Nash jest odpowiedzialny za co najmniej połowę jego ogromnego rozwoju. Jasnymi postaciami Słońc są na pewno Channing Frye i od czasu do czasu Jared Dudley. Jest jeszcze w odwodzie Michael Pietrus pozyskany razem z Marcinem i Vincem z Orlando. Niestety nie jest on praktycznie w ogóle wykorzystywany w Phoenix a przecież francuz jest dobrym obrońcą, strzelcem i powinien dostawać więcej szans kosztem choćby nieefektywnego Cartera. Do Słońc trafił także w wymianie za Dragica Aaron Brooks, ubiegłoroczny MIP w tym roku mógłby śmiało kandydować do nagrody Most Regressed Player, gdyby taką przyznawano. Jest to jednak gracz utalentowany i z potencjałem. Problemem dla Słońc i Gortata może być to, że nie jest on typowym playmakerem takim jak Nash. Aaron jest bardziej „shoot first” typem gracza i nie jestem pewien czy jego popisy strzeleckie będą szły w parze z wynikami drużyny.
Podsumowując, przed drużyną z Arizony długi proces przebudowy, który na dobre zacznie się podejrzewam w momencie odejścia/zakończenia kariery przez Steve Nasha.
Niewiele lepiej jest w Utah, gdzie w przeciągu pół roku wszystko zostało dosłownie przewrócone do góry nogami. Wszystko rozpoczęło się wraz z odejściem Boozera do Bulls. Wydawało się jednak, że strata ta została zrekompensowana z nawiązką przez pozyskanie Ala Jeffersona. Niestety Al jest wiecznym przegrywaczem, co potwierdził we wszystkich drużynach w których grał. Mimo niezłych statystyk indywidualnych nie jest w stanie udźwignąć na swoich barkach roli lidera. Kolejny wstrząs przyszedł kilka dni przed trade deadline kiedy to rezygnację złożył Jerry Sloan. Wielu z obecnych graczy sikało jeszcze w pieluchy kiedy Sloan obejmował Jazz jako head coach. Kilkunastu z nich nie było jeszcze na świecie. Wstrząs wtórny nastąpił kilka dni później i nie był bynajmniej łagodniejszy. Jazz zdecydowali się wysłać swojego lidera Derona Williamsa do Nets w zamian za Devina Harrisa i Derricka Favorsa. O ile Favors bardzo dobrze się rozwija i jest duże prawdopodobieństwo że za rok, dwa będzie jednym z czołowych PF w lidze o tyle pozyskanie wiecznie leczącego kontuzje Harrisa ciężko uznać za dobry ruch. Pytanie tylko po co Jazzmanom kolejny PF skoro całkiem niedawno podpisano z Paulem Millsapem kontrakt obowiązujący do końca sezonu 2012/13? Światełkiem w tunelu jest dla Jazz Gordon Harward, biały skrzydłowy, debiutant z Butler, który był jednym z bohaterów ubiegłorocznego final four. Nieźle poczynał sobie także w tym sezonie CJ Miles. I to chyba byłoby na tyle jeśli chodzi o powody do optymizmu w Salt Lake City.
Sacramento – tą drużynę typowałem przed rozpoczęciem sezonu na czarnego konia rozgrywek. Jak widać był to duży błąd. Myślę jednak, że nie byłem jedynym, który taki błąd popełnił. Popatrzmy na skład Królów:
PG – Beno Udrih, solidny rozgrywający, który nie traci dużo piłek i rzuca na bardzo dobrych skutecznościach.
SG – Tyreke Evans – debiutant roku, jeden z bodajże trzech graczy w historii, którzy w swoim pierwszym sezonie w lidze osiągnęli statystyki na poziomie 20/5/5. Pozostali dwaj to MJ i LeBron (nie jestem pewien czy nie było jeszcze jednego takiego graczaJ), wiec towarzystwo doborowe. Wydawało się, że dalszy rozwój, poprawa w skutecznościach oraz ilości strat oraz statystyki w okolicach 24/6/6 będą w kolejnym sezonie czymś naturalnym. Niestety rzeczywistość okazała się brutalna i spowolniony kontuzjami stóp Tyreke zanotował regres we wszystkich praktycznie kategoriach. Zamiast 24/6/6 mamy 18/4.8/5.6 i tylko 57 rozegranych meczów.
SF – na trójce w swoim debiutanckim sezonie bardzo dobrze spisywał się Omri Casspi i w jego przypadku również liczyłem na dalszy rozwój. W odwodzie byli także Donte Green oraz Francisco Garcia.
PF/C – Pod koszem Kings mieli być najmocniejsi od czasów Vlade Divaca i Brada Millera. Do drużyny dołączył Samuel Dalembert, solidny defensor potrafiący także czasem zabłysnąć w ataku. Z numerem 5 w drafcie pozyskano DeMarcus Cousinsa, krnąbrnego dzieciaka lecz zarazem prawdziwy diament z University of Kentucky. Gdyby nie jego trudny charakter i zła sława, która idzie za nim już od szkoły średniej, myślę, że Cousins zostałby wybrany w drafcie 2,3 numery wyżej. Niestety obawy szybko się potwierdziły i DeMarcus miał już spięcia zarówno z trenerem jak i kolegami z zespołu. Poza tą dwójką w przerwie letniej podpisano kontrakt z Carlem Landrym, który w ubiegłym sezonie w Houston był jednym z najbardziej solidnych zmienników ligi. W każdym meczu można było liczyć na jego 15/7 zdobyte na bardzo dobrych skutecznościach oraz przy niewielkiej ilości strat. Niestety w Kings nie przebił się i pod koniec sezonu został wytransferowany do Hornets w zamian za Marcusa Thorntona. Na swoje minuty mógł też liczyć Jason Thompson, który pod nieobecność wymienionej trójki był najpewniejszą opcją podkoszową Sacramento w poprzednim sezonie. Niestety wszyscy podkoszowi Kings zanotowali w tym sezonie regres w porównaniu do poprzednich lat i nasuwa się tu natarczywie pytanie dlaczego? Jedno jest pewne, Paul Westphal pokazał, że nie nadaje się na trenera tej grupy zawodników. Być może jest za miękki aby poradzić sobie z trudnymi charakterami dwójki młodych liderów – Cousinsa i Evansa. Swoją drogą ta dwójka musi zrozumieć jaka odpowiedzialność na nich ciąży i zmienić swoje podejście do gry. Czasy beztroskiej gry w szkole średniej i college’u skończyły się bezpowrotnie. Teraz jesteście na dużym ekranie i czas zacząć zachowywać się jak duzi chłopcy! Ta drużyna w dalszym ciągu ma olbrzymi potencjał a przecież zostanie ona jeszcze wzmocniona kolejnym wysokim pickiem w tegorocznym drafcie. Uważam jednak, że zmiana trenera w okresie letnim to nieodzowny ruch, jaki musi zostać wykonany w Sacramento.
Minnesota – Tak naprawdę największym sukcesem tej drużyny był w mijającym sezonie Kevin Love. Pierwszy biały, najlepszy zbierający sezonu regularnego od 25 lat od czasu Billa Laimbeera. Ponadto, Kevin zwyciężył w tej kategorii ze średnią15,23 zbiórki na mecz – najwyższą od czasów Dennisa Rodmana. Kontynuować? Love poprawił też w tym sezonie rekord Mosesa Malone’a w największej ilości double-double z rzędu. Obecnie ten rekord wynosi 53. Ciągle mało?? Kevin zanotował pierwszy od 28 lat mecz z 30 punktami i 30 zbiorkami. Coś co nie udało się takim graczom jak Barkley, Malone, Shaq, Duncan… Oczywiście, był to mecz przeciwko NY Knick Mike’a no-D Antoniego oraz przeciwko Amare, ale Panowie i Panie! 30/30 to ciągle 30/30!! W ciągu prawie trzech dekad przewinęło się przez tą ligę wielu wybitnych podkoszowych i żadnemu z nich nie udało się osiągnąć tego co osiągnął w tym sezonie biały chłopak z Minnesoty.
Niestety postawa Love’a nie przełożyła się w żaden sposób na postawę Timberwolves, którzy dali się w końcówce sezonu wyprzedzić Cavaliers i zajęli ostatnie miejsce w lidze z rekordem 17-55. Stało się tak mimo niezłej postawy Michaela Beasleya, który w końcu zaczyna pokazywać swój potencjał drugiego wyboru w drafcie. Przebłyski dobrej gry miała też inna dwójka pamiętnego draftu z 2003 roku – Darko Milicic, jednak biorąc pod uwagę co prezentował Darko w swoich pierwszych 6 sezonach gry naprawdę nietrudno było o progres. Nie wiem czy jest to też pocieszenie dla Pistons, którzy muszą żyć ze świadomością, że w ich koszulce mógłby teraz biegać Wade, Melo czy Bosh…
Leśne Wilki dokonały jeszcze jednego, dość ciekawego transferu, pozyskując Anthonego Randolpha z Knicks w zamian za Corey’a Brewera. Randolph to wciąż młody i perspektywiczny gracz, który już w swoim debiutanckim sezonie w GSW pokazywał niejednokrotnie, że stać go na wiele. Niestety w pierwszych dwóch sezonach w barwach Wojowników zabrakło zdrowia. Problemem był też ówczesny trener Don Nelson, który lubił grać piątką składającą się z dwóch rozgrywających i trzech SG/SF. W efekcie Randolph został oddany w wymianie za Davida Lee do Nowego Jorku. Przed sezonem wydawało się, że jest to idealne dla niego miejsce. Szybki, skoczny i dynamiczny Anthony, który może grać na pozycjach PF/C miał idealnie wpasować się do stylu gry Mike’a no-D Antoniego. Niestety z niewiadomych przyczyn, Randolph grywał po kilka minut w meczu. To, że potrafi grać w koszykówkę udowodnił kilka razy w barwach Wolves, gdzie dostał swoją szansę pod nieobecność Kevina Love. Przeciwko Dallas I OKC zagrał dwa dni z rzędu powyżej 35 minut i trafił w tym czasie 23/36 rzutów z gry, 9/9 z linii, zebrał 26 piłek, miał 5 asyst, 3 bloki i 3 przechwyty i zdobył 55 punktów. Moim zdaniem, jeśli dostanie on więcej minut to Leśne Wilki mogą mieć już w przyszłym roku całkiem ciekawy, młody frontcourt w postaci Beasleya, Love’a i Randolpha.
Gorzej niestety wygląda sytuacja na obwodzie i myślę, że tutaj powinni szukać wzmocnień w zbliżającym się drafcie. Jonny Flynn, numer 6 ubiegłorocznego draftu zupełnie w tym sezonie się nie sprawdził, za co po części można winić kontuzję, którą leczył dość długo (pierwszy mecz rozegrał w połowie grudnia). Innym powodem może być bardzo solidna gra na jedynce Luke’a Ridnoura. Z kolei numer 5 tego samego draftu, Ricky Rubio gra dalej w Hiszpanii i wątpliwe jest czy w ogóle zdecyduje się na przyjazd do mroźnej Minnesoty. Jest jeszcze numer 4 tegorocznego draftu, Wes Johnson, ale ten ma podstawowe braki w wyszkoleniu technicznym – słabo mu idzie przybijanie piątki z liderem zespołu (kto nie widział polecam spenetrować Youtube i nadrobić zaległościJ). Na poważnie, Wes ma potencjał i być może miałby pewne miejsce w piątce Wilków, gdyby nie to, że jego naturalną pozycją jest SF i tutaj zabiera mu minuty Beasley. Oczywiście od SF do SG nie taka daleka droga i Johnson (a także trenerzy Wolves) powinien pomyśleć nad „przebranżowieniem”. W odwodzie na pozycjach SG/SF mamy jeszcze Matrella Webstera, dobrego strzelca, który wyszedł spod skrzydeł Nate’a McMillana z Portland. W swoim najlepszym sezonie 2007/2008 był praktycznie etatowym starterem (70 z 75 meczów zaczął w pierwszej piątce) i zdobywał średnio ponad 10 punktów, trafiając solidne 39% zza łuku.
Podsumowując, jeśli zarząd klubu przekona w końcu do gry w NBA Rubio oraz dokona trafnego wyboru w drafcie 2011 (uważam, że najbardziej brakuje tam solidnego SG, ale znając logikę Davida Kahna pewnie wybierze gracza z pozycji PF/C) to Wilki mogą za rok, dwa włączyć się do walki o Play-Offs. Biorąc pod uwagę jednak to, jak mocny jest zachód NBA nie będzie to zadanie łatwe.


czwartek, 25 listopada 2010

NBA coaches

Nigdzie nie mogłem znaleźć tych danych, wiec je zebrałem.
Trzeba przyznać, że stara gwardia trzyma się wyśmienicie. Wsród pięciu najstarszych trenerów trzech prowadzi zespoły ze ścisłej czołówki ligi z szansami na tytuł.
Największy szacunek należy się Jerremu Sloanowi, dla którego jest to 20 z rzędu sezon jako head coach Utah Jazz.
Kto wie czy do starszyzny nie dołączy wkrótce Pat Riley na ławce Miami Heat...

środa, 24 listopada 2010

Statystyczny rzut oka na historię

Joł!

Dyskusja, jaka się wywiązała na ZP1, wywołana wypowiedzią Sir Charlesa, w której plasuje on Kobego w piątce najlepszych graczy w historii zainspirowała mnie do wykonania pewnego ‘ćwiczenia’ statystycznego. Oczywiście ktoś może stwierdzić, że cyferki nic nie mówią albo, że założenia, które poczyniłem są tendencyjne, jednak moim zdaniem liczby mówią wiele. Tak czy inaczej myślę, że wyniki mogą być poniekąd zaskakujące:)
Postanowiłem wziąć pod uwagę graczy, którzy się pojawili w komentarzach i dodałem do tego kilku takich, którzy również mogliby mieć coś do powiedzenia jeśli chodzi o najlepszych w historii koszykówki.
Postanowiłem policzyć dla tych graczy ‘efficiency’ wg znanego zapewne wszystkim wzoru:
RPG+APR+SPG+BPG-TO-ilość niecelnych FG na mecz-ilość niecelnych FT na mecz.
W tym miejscu pojawił się pewien problem, gdyż część graczy (Russell, Chamberlain, Havlicek, Robertson, West, Baylor), których bierzemy pod uwagę, grało w czasach, kiedy nie rejestrowano jeszcze przechwytów, bloków i strat. W związku z tym powstały dwie wersje zestawienia: jedno gdzie do efficiency wliczamy te trzy kategorie i druga – efficiency policzone zostało bez strat, przechwytów i bloków. Na szczęście okazało się, że różnice między obydwoma zestawieniami są minimalne. Pierwsza różnica pojawia się dopiero przy miejscu siódmym (Bird zamienił się miejscami z Ervingiem), z resztą sami zobaczycie.
Poza effciency postanowiłem wziąć pod uwagę sukcesy i nagrody, zarówno indywidualne jak i drużynowe. Długo się zastanawiałem jak to ugryźć żeby zestawienie było sprawiedliwe. W końcu zdecydowałem się rozpatrywać:
- ilość pierścieni mistrzowskich
- ilość nagród MVP za sezon regularny
- ilość nagród MVP finałów
- ilość kwalifikacji do All NBA teams
- ilość kwalifikacji do All defensive teams
Wiadomo, że inna jest tutaj skala trudności. Zdecydowanie ciężej jest zostać MVP finałów (po pierwsze trzeba do tych finałów awansować, po drugie trzeba je wygrać a po trzecie trzeba być najbardziej wartościowym graczem drużyny) niż dostać się do All NBA third team… W związku z tym przypisałem nagrodom wagi i tak: mistrzostwo NBA = 2; MVP ligi = 4; MVP finałów = 4; All NBA teams oraz All defensive teams = 0,5.
Zastanawiacie się zapewne dlaczego tak niską wagę przypisałem mistrzostwu NBA. Odpowiedź jest prosta. Wystarczy spojrzeć na takiego Billa Russella – 11 tytułów i ani jednego MVP finałów. Przyznam się, że nie jestem ekspertem jeśli chodzi o NBA tamtych czasów, ale wygląda na to, że Bill nie był wcale centralną postacią Celtów w tamtym okresie… Przypisując wyższą wagę zdobyciu pierścienia, być może okazałoby się, że w 10-15 najlepszych graczy w historii jest Robert Horry…
W końcu, przypisując wagi starałem się zrobić to tak, aby oba czynniki (efficiency i nagrody) miały mniej więcej taki sam wpływ na ranking.
Poniżej zestawienie zawierające przychwyty, bloki i straty:
A tutaj efficiency policzone bez przechwytów, bloków i strat:


A zatem Chuck, znów się pomyliłeś. Kobe w obu rankingach jest dopiero dziesiąty. Co gorsza, w obu bezpośrednio przed nim jest Shaq…
Jeśli chodzi o najlepszego w historii, cóż, wygląda na to, że numer 23 nie podlega dyskusji. Szokujące może być drugie miejsce Jabbara oraz trzecie Russella. Zwykle nie są oni wymieniani w piątce najlepszych koszykarzy wszechczasów. Zazwyczaj pojawia się tam Larry Bird, który w moim zestawieniu zajmuje miejsca 7-8. Spowodowane jest to mniejszą ilością nagród indywidualnych Larry'ego oraz 'tylko' 3 tytuły mistrzowskie.
Zapraszam do dyskusji, oceny i sugestii co można by zmienić, zmodyfikować.

wtorek, 23 listopada 2010

2010.10.19 - up's & down's z ostatnich dwóch tygodni

Siema!!
Tym razem przerwa w pisaniu potrwała jeszcze dłużej bo aż dwa tygodnie. Tych wszystkich, którzy jeszcze tu zaglądają przepraszam:) Większość tego czasu ‘poświęciłem’ na wyjazd do słonecznej Szkocji na długi weekend oraz chorobę, z której właśnie wychodzę.
Postanowiłem skorzystać z modyfikacji, jaką wprowadziło Yahoo przed tym sezonem i przeanalizować up’s and down’s w ujęciu dwutygodniowym. Myślę, że jest to bardzo dobra perspektywa dla Managera fantasy. Tego brakowało mi w ubiegłych sezonach, kiedy to musiałem wybierać między zestawieniem tygodniowym a miesięcznym.  Zacznę może tym razem (z racji, że ostatnio nie udało mi się skończyć) od najbardziej spektakularnych spadków. Podczas mojej poprzedniej analizy ‘gwiazdami’ byli Steve Nash, David Lee i Gerald Wallace, którzy z top20 fantasy spadli gdzieś w okolicę końcówki drugiej setki… Patrząc na aktualne zestawienie Steve i Gerald wyszli już na prostą (Steve jest 14sty a Gerald 11sty). Zdecydowanie lepiej idzie też Davidowi Lee, który jest 67my. Nie jest to jednak ciągle to, na co czekają jego kibice i właściciele fantasy…
Down’s:
1.       Brook Lopez (-152) – Od Lopeza oczekiwano wiele. Nie tylko w New Jersey. Z resztą jak można nie oczekiwać wiele od jednego z lepiej wyszkolonych centrów młodego pokolenia, który zaczyna swój trzeci sezon w lidze? Brook jednak nie spełnia póki co oczekiwań i notuje regres w praktycznie wszystkich kategoriach: FG 39,6%; PTS 15,1; REB 5,4; AST 1; STL 0,1; BLK 1,7. Najbardziej bolesne dla jego managerów są z pewnością jego wyniki w skuteczności z gry oraz zbiórkach. Jak na centra, mierzącego 7 stóp wielkoluda, który dodatkowo nie ma w drużynie nikogo, kto zabierałby mu piłki (Troy Murphy póki co praktycznie nie powąchał w tym sezonie parkietu) te wyniki są wręcz śmieszne.
2.       Dwight Howard (-138) – Jak jest z DH12 w fantasy każdy wie, dlatego nie powinno dziwić 57% FT czy 3,5 TO. Niestety również w kategoriach ‘koronnych’ nie idzie Dwightowi ostatnio najlepiej. W ciągu ostatnich sezonów w cuglach wygrywał on klasyfikacje zbiórek i bloków oraz skuteczności z gry. W ciągu ostatnich dwóch tygodni nie ma go nawet w pierwszej piątce żadnej z nich… I jest to główny powód dlaczego Howard zanotował dość twarde lądowania na 154 miejscu rankingu.
3.       OJ Mayo (-129) – W przypadku Mayo największym problemem i powodem jego niskiej pozycji wydają się być bardzo niskie skuteczności (41% FG i 68% FT) oraz mała ilość celnych trójek (1,4), co wynika bezpośrednio z tego pierwszego… Na pewno nie bez znaczenia jest świetna postawa Mike Conleya w pierwszym miesiącu sezonu.
4.       Chauncey Billups (-129) – w tym miejscu po raz pierwszy będę emocjonalny, Chauncey to bowiem pierwszy ‘mój’ gracz, który pojawia się w tym niechlubnym zestawieniu. Nie wybrany wprawdzie w drafcie, ale pozyskałem go w jednej z lig w trejdzie, w którym oddałem Garnetta. Pewnie większość z Was uderzy się teraz w czoło. Oddawać KG w TAAAKIEJ formie za bardzo słabego w tym roku Billupsa?? Jednak w tej lidze KG był dopiero moim 3 PF’em (mam tam Gasola i J-Smoove) i naprawdę rzadko go wykorzystywałem (to jest liga, gdzie gra tylko 5 graczy w ciągu dnia). Ponadto, myślę, że w przekroju sezonu jego wartość wyższa już nie będzie a (odpukać w niemalowane) ryzyko kontuzji rośnie z każdym meczem. Wartość Billupsa natomiast niższa już raczej tez nie będzie (no chyba, że złapie kontuzję), a jako, że potrzebowałem na gwałt rozgrywającego (moje wybory nr 3 i 4 – Evans i Collison to delikatnie mówiąc strzały w płot) to zdecydowałem się na tą wymianę. Na razie Chauncey  nie robi tego, czego od niego oczekiwałem, czyli nie asystuje, mało przechwytuje i rzuca słabo za trzy, jednak ciągle liczę na jego odrodzenie. Być może rozwiązanie raz na zawsze sytuacji z Melo wpłynęłoby dobrze nie tylko na Billupsa ale na całe Denver…
5.       Andrea Bargnani (-116) – cóż, od Włocha trzymałem się z daleka w draftach bo byłem zdania, że nie udźwignie roli lidera Raptors. Ostatnie dwa tygodnie w jego wykonaniu tylko to potwierdzają. Bargnani rzuca na skuteczności 43%  z gry, zbiera 5 piłek, notuje 1 asystę, 0,5 przechwytu i 0,4 bloku. To nie są staty, jakich oczekiwałbyś od swojego pierwszego centra a w dodatku franchise playera…
6.       Mo Williams (-103) – cóż, tutaj tez starałem się jak mogłem unikać Mo w draftach, w jednej lidze skusiłem się jednak bo uważałem, że może przejąć on rolę lidera po LeBronie. Niestety kontuzja nie pozwoliła póki co rozwinąć skrzydeł Mo, jednak jeśli będzie zdrowy to jest ciągle szansa, że będzie dostarczał solidnych statystyk. Na razie Cavs grają nad wyraz dobrze i mają bardzo dobry bilans, jednak ciągle ciężko jest jednoznacznie stwierdzić kto będzie liderem tej drużyny. Dobre mecze miewał JJ, dobre mecze miewał Gibson, jednak on raczej materiałem na lidera nie jest. Podobnie jak Varejao. JJ ostatnio przeżywa ciężkie chwile a zmieniający go Jamison też nie kwapi się do wykorzystania szansy. Do roboty Mo!!

To jest szóstka największych ‘looserów’ fantasy ostatnich dwóch tygodni. Wszyscy obsunęli się więcej niż 100 pozycji w dół rankingu. Teraz postaram się napisać jeszcze kilka słów o innych spektakularnych spadkach:
1.       Rajon Rondo (-60) – Rajon spadł z 19 na 79 pozycję czego główną przyczyną są fatalne rzuty osobiste (37,5%) oraz dość dużo strat (3,3). To co jest specjalnością Rondla w dalszym ciągu utrzymuje na wysokim poziomie (13,7 AST; 2,5 STL; 48% FG)
2.       David Lee (-56) – Lee poleciał z 11 na 67 miejsce co i tak jest sporym awansem w porównaniu do poprzedniego rankingu. Problemem ciągle są słabe, jak na jego możliwości, skuteczności (52% FG i 69% FT) oraz mniej niż w zeszłym sezonie zdobywanych punktów (16,8). Brak bloków z pozycji centra też boli, ale to jest akurat coś, z czym należy się liczyć biorąc do składu Davida.
3.       Dirk Nowitzki (-52) – Dirkulles spadł z 5 na 56 pozycję i choć jego staty prezentują się ciągle bardzo solidnie to nie jest już to samo co kilka lat temu. Bardzo dobre skuteczności 49,5% FG oraz 93% FT ale też niewiele jak na Niemca punktów (21,7); zbiórek (7,8); asyst (1,7); praktycznie brak stilów i bloków (odpowiednio 0,3 i 0,5) oraz sporo strat (3,2). Dirk to jednak solidna niemiecka firma i poniżej pewnego poziomu po prostu nie schodzi.
4.       Dwyne Wade (-45) – To także dało się przewidzieć dlatego unikałem trójki z Miami w draftach. Nie było po prostu opcji aby zbliżyli się oni do stat jakie generowali grając pojedynczo. Gdyby jednak ktoś mi powiedział przed sezonem że Miami będzie miało bilans 8-5 i na koncie porażki z Hornets, Memphis czy Utah to uznałbym go za niespełna rozumu… Wracając do samego Wade to i tak gra lepiej niż sądziłem. 50,5% FG; 77% FT; 25 PTS; 6,8 REB to są bardzo dobre staty. Niestety dużo gorzej wygląda to jeśli chodzi o asysty (2,8) oraz koronne kategorie Dwyne’a stile i bloki (odpowiednio 0,8 i 1,2). Traci też bardzo dużo piłek (3,5).
Teraz kilka słów o zawodnikach, których forma poszła znacznie do góry w przeciągu ostatnich 2 tygodni. Skupię się na tych, którzy wskoczyli do pierwszej 20 rankingu, gdyż nie sposób opisać wszystkich awansów. Sporo zawodników z drugiej, trzeciej a nawet czwartej setki zanotowało dobre występy i awansowało nawet o 300 pozycji, jednak w dalszym ciągu są to zawodnicy z końca pierwszej setki rankingu, wiec ich wartość fantasy jest umiarkowana.
1.       Serge Ibaka (+126) – Serge przebojem wdarł się do pierwszej dziesiątki rankingu (9 miejsce) a uczynił to swoją bardzo dobrą i stabilną grą. 55% FG; 78% FT; 13PTS; 8 REB; 1 STL; 3,2 BLK i 0,3 TO. Szczególnie skuteczność z osobistych jak na młodego centra jest godna pozazdroszczenia. Praktycznie rzecz biorąc Serge ze swoimi 0,3 straty na mecz nie psuje żadnej z kategorii a to zawsze jest dobry punkt wyjściowy do notowania plusów, których jest u Ibaki sporo.
2.       Michael Beasley (+81) – Postanowiłem opisać B-easy’ego mimo, że jego awans daje mu ‘dopiero’ 34 miejsce. Jednak Ci, którzy przewidzieli eksplozję jego talentu w Minnesocie mogą triumfować. Michael rzucał w ciągu ostatnich 2 tygodni 26,4 punktów; notował także 5 REB; 2 AST; 1,4 STL i 0,8 BLK, grając na dobrych skutecznościach 51% FG i 73% FT. Wygląda na to, że nowa wersja twin towers (Beasley + Love) sprawdza się w Minnesocie. Coraz lepiej poczyna sobie także przekreślony już przez wszystkich Darko Milicic. Gdyby jeszcze dodać Wilkom jakichś dwóch solidnych obrońców to kto wie na co stać byłoby tą drużynę…
3.       Tony Parker (+74) – Tony także nie dostał się do czołowej 20stki, jednak jego gra to jeden z głównych powodów tak świetnej postawy Spurs. Tony zajmuje 22 miejsce w zestawieniu dzięki takim oto statystykom: 55,6% FG; 76,7% FT; 20,5 PTS; 3,7 REB; 8 AST; 2,2 STL; 2,3 TO. Oczywiście postawa Spurs ma wielu ojców (wiadomo – Manu Ginobili is Manu Ginobili:)) jednak Tony jest bezsprzecznie jednym z nich.
4.       Paul Millsap (+57) – Millsap znajduje się na 5 miejscu w rankingu i swoją grą sprawia, że w Utah nie pamiętają już kto to jest Carlos Boozer. To w jaki sposób praktycznie w pojedynkę dojechał Miami w końcówce rzucając 11 punktów w minutę przejdzie do historii. Jednak nie był to odosobniony występ. Oto staty Paula za ostatnie dwa tygodnie: 56% FG; 80% FT; 21,6 PTS; 8,9 REB; 2,6 AST; 1,5 STL; 0,8 BLK; 1,4 TO.
5.       Jason Terry (+53) – Stary dobry Jason. Co rok zastanawiam się kiedy obniży on swoje loty, jednak z roku na rok dostarcza on stabilne, bardzo solidne staty. W tej chwili Terry jest numerem 10 rankingu i szlag mnie trafia kiedy pomyślę, że w jednej z lig poszedł chyba około 100 bo każdy myślał, że to już ten sezon, że Roddy Beaubois wygryzie z rotacji Jasona. Póki co nie ma o tym mowy. Roddy leczy kontuzję i nawet jeśli wróci to podejrzewam, że Jason dalej będzie robił swoje. 53,5% FG; 90% FT; 2,2 3PT; 20,5 PTS; 4,3 AST; 1,2 STL; 0,7 BLK; 1,7 TO.
6.       Russell Westbrook (+34) – Russ to numer 6 ostatnich dwóch tygodni. Pod nieobecność Duranta i Greena pokazał on dobitnie jak potrafi prowadzić drużynę. Zwycięstwo z Bostonem w TD Garden było tego najlepszym przykładem. Oto staty Westbrooka: 47% FG; 91% FT; 24,2 PTS; 4,3 REB; 9,3 AST; 2,2 STL; 0,8 BLK i 4,5 TO. Cóż, strat niemało, jednak jeśli weźmiemy pod uwagę jaki ciężar dźwigał na swoich barkach pod nieobecność dwóch najlepszych strzelców zespołu oraz to ile akcji przechodziło przez jego ręce, ta liczba nie jest wcale aż tak straszna.
7.       Manu Ginobili (+31) – jak już pisałem wcześniej – he IS Manu Ginobili. Razem z Parkerem pokazują, że nawet w takim wieku i z taką historią kontuzji można grać na najwyższym poziomie. W ciągu ostatniej połowy miesiąca wykręcił takie oto staty: 50% FG; 94% FT; 3,2 3PT; 22,5 PTS; 3,3 REB; 3,7 AST; 1,7 STL; 0,7 BLK; 3 TO. Spurs wyglądają teraz jak doskonale naoliwiona i wyregulowana maszyna do zabijania. Oczywiście zawsze przewijać się będzie pytanie czy wytrwają w tej formie i zdrowiu do wiosny, jednak na tą chwilę trzeba być optymistą i wierzyć że tak właśnie będzie. A jeśli tak będzie to są pierwszym kandydatem do zdetronizowania Lakers na zachodzie. Finał Spurs-Boston? To byłoby coś!!
8.       Pau Gasol (+9) – wypada jeszcze napisać kilka słów o numerze jeden dwutygodniowego rankingu, moim Pau Gasolu:) Piszę moim, bo zbudowałem w oparciu o niego dwie z moich czterech drużyn fantasy a kto wie czy nie wziąłbym go także w trzeciej gdyby nie to, że była to liga keepers. Podejrzewałem, że Pau w tym sezonie wyrośnie na niekwestionowanego lidera Lakers i tak właśnie się stało. Choć muszę przyznać, że zaskakuje mnie bardzo wysoka forma Kobego. Wizytówką gry Pau był ostatni mecz przeciwko Golden State (choć ten mecz akurat nie zalicza się to tego rankingu), który Pau zakończył z wynikiem 10/10 z gry; 8/8 osobistych; 28 punktów; 12 zbiórek i 4 bloki… jakieś pytania?? Staty z dwóch tygodni są niewiele gorsze i wyglądają tak: 57% FG; 82% FT; 22,3 PTS; 13 REB; 3,6 AST; 1 STL; 1,4 BLK; 1,6 TO.

sobota, 6 listopada 2010

UPS&DOWNS 20101105


Czołem!!
Witam po tygodniowej przerwie spowodowanej (że się tak kolokwialnie wyrażę) lekkim zapierdolem w pracy. Niestety ten blog nie będzie w najbliższym czasie tak produktywny jak ZP1 Macka Kwiatkowskiego a to z tej przyczyny, że ja niestety (nad czym bardzo ubolewam) nie żyję z pisania o koszykówce i muszę codziennie „odbić kartę na zakładzie”J. Wiadomo jak to jest na etacie. Raz się człowiek nudzi cały dzień i może poświęcić czas na swoje hobby – w moim przypadku fantasy NBA – a raz nie wiadomo w co ręce włożyć i NBA schodzi na dalszy plan.
Postanowiłem odrobinę zmienić format tego cyklu i pisać o ups& downs w odstępach tygodniowych. Przyczyn jest kilka a wśród nich na pewno można wymienić brak czasu ale nie tylko:). W ciągu tygodnia większość drużyn rozgrywa 3 do 5 meczy i to jest moim zdaniem dobry okres do wyciągania jakichś średnioterminowych wniosków odnośnie formy poszczególnych graczy. Jeden spektakularny występ to za mało aby stwierdzić jednoznacznie: ten gość będzie produkował na takim poziomie, że przyda mi się w mojej drużynie fantasy.
Dla celów mojej analizy postanowiłem posiłkować się rankingiem Yahoo, z którego ściągnąłem pierwszą dwusetkę graczy z ostatniego tygodnia, biorąc pod uwagę średnie statystyki. Dodatkowo w celu „odsiania plew” wyeliminowałem z niego graczy, którzy nie mieszczą się w pierwszej setce tygodniowego zestawienia. Weźmy np. takiego Jeremiego Lina. Fajnie, że pierwszy Amerykanin azjatyckiego pochodzenia pojawił się w NBA, fajnie, że trafił do GSW, gdzie będzie miał okazję zagrać trochę radosnej koszykówki (bo z tego co wiem taki styl preferuje Jeremy), ale jego awans z 432 pozycji w rankingu na 179 niewiele dla mnie znaczy z punktu widzenia jego przydatności do moich drużyn fantasy. Ta zasada dotyczy oczywiście graczy z kategorii „ups”, gdyż nie omieszkam napisać kilku słów o Steve Nashu, który z 20 pozycji w rankingu wylądował w tym tygodniu na 193. Twarde lądowanie Kapitanie Kanada… Cały ranking tradycyjnie zamieszczę poniżej a teraz postaram się skomentować najbardziej spektakularne moim zdaniem wzloty i upadki:
UPS:
1.       James Jones (+264 miejsca w rankingu) – James jest największym beneficjentem gry u boku Miami Thrice. Ma to swoje przełożenie na jego efektywność fantasy. Obrońcy podwajają Wade’a i Jamesa, ci odrzucają na obwód do Jonesa i bum! Trójka za trójką! W tym rankingu pokazuję ilość celnych trójek z tego względu, ze jest to ustawienie domyślne w większości lig. James trafia średnio 3,3 trójki na mecz a dobra wiadomość dla tych, którzy mają w ligach ustawiona skuteczność za trzy, jest taka, że robi to na skuteczności grubo ponad 50%! Ciężko nazwa Jamesa All around playerem – oprócz trójek daje 3 zbiórki na mecz, 1 asystę i 50% FG i to byłoby na tyle. Nie jest to może gracz, którego należałoby wziąć na stałe do swojego składu, jednak ja w moich ligach kilkakrotnie już użyłem Jamesa jako typowego „kontraktora”, biorąc go na jeden mecz w celu załatania dziury na SF i powiem szczerze – 4/7 trójek może bardzo fajnie podreperować tą statystykę:). Nie muszę chyba przypominać ilu jest w lidze graczy rzucających za trzy na skuteczności ponad 50%...
2.       Marcin Gortat (+225) – tutaj dosłownie kilka słów wywołanych czystym patriotyzmem i sympatią jaką darzę Marcina. Nasz rodak zaliczył całkiem niezły start sezonu i w ostatnim tygodniu plasuje się na 44 miejscu w rankingu fantasy! Marcin daje średnio 7 PTS i 7 REB oraz 2 BLK w 19 minut i robi to wszystko na niesamowitej skuteczności 86% z gry!
3.       Toney Douglas (+221) – Chłop zagrał kilka wielkich meczów, w tym ten największy , dwa dni temu przeciwko Bulls. Wszedł z ławki i w 31 minut wykręcił takie liczby: 9/14 FG; 5/9 3P; 7/7 FT; 4 AST; 4 STL I 30 PTS! Jego średnie z ostatniego tygodnia tez są imponujące, szczególnie FG 55%; 2,7 trójki; 18 PTS; 3 REB; 3 AST i 2,3 STL. To będzie solidny zmiennik dla Feltona.
4.       Arron Afflalo (+180) – Arron, człowiek o trudnym nazwisku (cos o tym wiemJ) potwierdza, że jego forma z preseason nie jest przypadkiem. Jego liczby za ostatni tydzień to: 59% FG; 75% FT; 1,7 3P; 12,3 PTS; 3,3 REB; 3 AST; 0,7 STL I 0,7 BLK. Najważniejsze jest jednak to, że na parkiecie spędza średnio 37 minut i na dobre zadomowił się w piątce Nuggets.

Grant Hill (+170) – Tak jak już pisałem, niewiele dobre można napisać ostatnio o grze Suns. Stary dobry Grant Hill jest jedną z tych rzeczy. W wieku 37 lat gra ciągle po 33 minuty w meczu zdobywając w tym czasie 18 PTS; 5,5 REB; 1,5 AST; 1,5 STL; 1 BLK grając na skuteczności 54% z gry i 83% z osobistych. Oby tak do czterdziestki Grant!!
6.       Richard Jefferson (+144) – O formie Richarda pisali ostatnio chłopaki z ZP1, wiec niewiele jest do dodania. Napiszę tylko, że wszyscy już chyba (łącznie ze mną) skreślili Jeffersona po ostatnim miernym sezonie. On pokazuje jednak, że trochę się pospieszyliśmy. Gra w piątce Spurs po 33 minuty w meczu i wygląda dobrze!! Wygląda tak jak za czasów Nets. Jego skuteczność to 66% z gry , rzuca prawie 22 punkty na mecz i zbiera przy tym prawie 4 piłki.
7.       Dorrell Wright (+138) – tutaj muszę się pochwalićJ Udało mi się ustrzelić perełkę w postaci Dorrella w jednym z draftów. Wziąłem w tej lidze zarówno jego jak i Reggiego Williamsa bo nie wiedziałem, który z nich będzie grał więcej i lepiej. Po tygodniu sprawa jest już jasna. Wright to numer 5 rankingu fantasy a Reggie… Reggie niestety nie nazywa się Miller i błąka się już gdzieś tam w FA. Staty Dorrella, na które najbardziej trzeba zwrócić uwagę to: 53% FG; 5 trójek na mecz; 22,3 PTS; 6,3 REB; 1,3 AST; 1 STL; 1,3 BLK. Jakby to powiedział Borat:” Very nice, I like!”
8.       Wilson Chandler (+104) – Wilson zaczął sezon z wysokiego C. Wchodząc z ławki zanotował taki występ, że przez kilka dni był numerem 1 fantasy! Jego staty z ubiegłego tygodnia mówią nam, że raczej nie był to jednorazowy wyskok: 17 PTS; 1,7 3P; 9 REB; 1,7 STL; 2,7 BLK. Martwic mogą trochę słabe skuteczności: niespełna 40% FG I 67% FT. Ja jednak uważam, że skuteczność z gry na pewno Wilson zdecydowanie poprawi. W ubiegłym roku rzucał średnio 48% FG i 81% FT i mniej więcej takich procentów bym od niego oczekiwał także w tym roku.
9.       Lamar Odom (+83) – cóż, to było do przewidzenia. Gdy nie ma w Lakers Bynuma, Lamar szaleje. Niestety pominąłem go we wszystkich moich draftach. Chyba miałem w pamięci to, jak nieefektywny z punktu widzenia fantasy robi się Lamar gdy wychodzi z ławki. Odom to numer 6 ostatniego tygodnia fantasy a jego cyferki prezentują się tak: 70% FG; 63% FT; 2 3P; 17,3 PTS; 11,8 REB; 4,3 AST; 1 STL; 0,5 BLK. Powiedzcie mi kto z Was nie bierze w ciemno takiego gracza do swojej drużyny fantasy??!!
10.   Elton Brand (+80) – Kolejny wielki powrót do życia starej gwiazdy. Mnie takie powroty cieszą, bo oznacza to, że ja też mogę jeszcze w końcu dojść do dyspozycji sprzed 10 latJ. Elton spędza na parkiecie średnio 37 minut, co w jego przypadku już należy uznać za sukces. W tym czasie dostarcza swojej drużynie: 56% FG; 89% FT; 19,5 PTS; 9,8 REB; 2,8 AST; 2,5 STL; 1,8 BLK I uwaga! Tylko 1 TO!! To są nieziemskie staty jak na Branda. Mnie martwi tylko to, że jego dobra gra (i pomału staje się to regułą) źle wpływa na statystyki Iguodali, który jest moim drugim pickiem w jednej z lig… Ci dwaj panowie chyba po prostu nie potrafią się dogadać na boisku a cierpi na tym Philly, która na papierze już od lat nie powinna mieć najmniejszych problemów na awans do PO. A jak to wygląda w realu wszyscy wiemy…
11.   Mike Conley (+78) – Mike walczył o tłusty kontrakt. Zrozumiałe było wiec, że gryzie parkiet. Kontakt jest już jednak dawno podpisany a Mike nie chce zwolnic! W ostatnim tygodniu plasuje się na 24 miejscu w rankingu a oto jego staty: ponownie, skuteczności nie imponują 40% FG i 61% FT ale dalej jest już tylko lepiej: 1,3 3P; 14 PTS; 6 REB; 9,5 AST; 4,3 STL!!! Takiej kombinacji asyst i stili na próżno szukać w tej lidze (Edit. No dobra, może poza Johnem Wallem, który daje nawet lepszą kombinację)!!Oby tak dalej Mike, masz jeszcze wiele do udowodnienia, szczególnie teraz, zarabiając 9 zielonych baniek za rok gry.
12.   John Wall (+71) – Wall to numer 4 rankingu i wysłał właśnie wiadomość do Blake Griffina, że walka o ROY będzie zacięta do samego końca sezonu. Gdybym musiał jednak w tej chwili dokona wyboru postawiłbym na Johna. W ubiegłym tygodniu notował: 54,5% FG; 79% FT; 28,5 PTS; 3,5 REB; 11 AST; 4,5 STL oraz niestety aż 5,5 straty. To jest coś nad czym John powinien i na pewno będzie najbardziej pracował w najbliższym czasie.
13.   Paul Millsap (+54) – Millsap w końcu gra tak jak od niego oczekują w Utah. 8 miejsce w rankingu za ostatni tydzień musi cieszyc właścicieli fantasy. W 39 minut notował średnio 25,5 PTS; 11 REB; 5,5 AST a wszystko to na bardzo dobrych procentach 63% FG i 78% FT.
14.   Nie sposób nie napisać kilka słów o niespodziewanym numerze jeden rankingu – Rudym Gayu. Szczerze mówiąc wątpiłem w jego wartość fantasy i omijałem Rudego szerokim łukiem we wszystkich draftach. Wygląda na to, że zrobiłem duży błąd… Rudy w ostatnim tygodniu spędzał na parkiecie średnio 41 minut przekładając te minuty na 56% FG; 83% FT; 2,3 3P; 27,8 PTS; 6,3 REB; 3,5 AST; 2,5 STL; 0,5 BLK I 2 TO. 
To byłoby na tyle jeśli chodzi o najbardziej spektakularne awanse. Mnie osobiście cieszy powrót do wysokiej formy starych wyjadaczy: Kevin Garnett (awans z 53 na 28 miejsce rankingu); Yao Ming (z 85 na 56); Paul Pierce (z 35 na 12); Andrew Bogut (z 73 na 40) czy Luol Deng (z 87 na 57). Cieszy mnie to podwójnie, gdyż każdego z tych graczy mam przynajmniej w jednej z moich lig:). Szczególnie forma KG i sposób w jaki lideruje znów Bostonowi jest jak miód na moje serce bo nie ukrywam, że jest to mój ulubiony gracz. Ostatni tydzień poza świetną grą i zwycięstwami Zielonych stał pod znakiem skandali z udziałem KG. Najpierw akcja z Bogutem, potem z Charlie Villanuevą… Ja wiem doskonale, że KG nie jest ideałem. Być może jako przykład do naśladowania dla młodych adeptów koszykówki wybrałbym Tima Duncana. Jednak Kevina uwielbiam za jego pasję i oddanie koszykówce. Nie ma takiego drugiego gracza w NBA!
Z braku czasu spadki postaram się uzupełnić już wkrótce.


czwartek, 28 października 2010

UPS & DOWNS 20101027

No dobra, sezon regularny wystartował. Można wiec przestać emocjonować się fantastycznymi występami Jordana Crawforda i innych ‘gwiazd’ preseason i zacząć pisać o prawdziwej koszykówce.
UPS:
- Rajon Rondo (BOS) – MIN 41; PTS 4; REB 5; AST 17; STL 2; FG 2/9
                                         MIN 38; PTS 18; REB 4; AST 9; STL 3; FG 8/12
Z punktu widzenia fantasy pierwszy występ Rajona świetny jeśli chodzi o ilość asyst. 2 STL i 5 REB to też całkiem przyzwoite staty. Na pewno więcej można by oczekiwać od niego jeśli chodzi o punkty. 4 PTS i 2/9 FG wyglądają mizernie. Cyferki nie oddadzą jednak tego, co Rondo dał drużynie w tym meczu. A dał im niesamowitą swobodę w ataku rozciągając grę. Żaden z obrońców Miami nie był w stanie nawet zbliżyć się do poziomu gry Rondo. Rajon poprawił się już w drugim, niestety przegranym przez Boston meczu w Cleveland. 18 pkt na świetnej skuteczności z gry, do tego solidna porcja asyst i przechwytów.
- Glen Davis (BOS) – MIN 29; PTS 13; REB 5; FG 6/7
                                     MIN 33; PTS 14; REB 5; FG 7/11
Glen to niezwykle efektywny gracz pod kątem fantasy. Myślę, że będzie grał w tym sezonie dużo, gdyż oszczędzany będzie Garnett. To musi się przełożyć na dobre staty Big Baby i dlatego ja w jednej z lig wyciągnąłem go już z FA. Oczywiście jest to liga 20 zespołowa i myślę, że w takich ligach Davis może być przydatny. Jeszcze chyba za wcześnie aby brać go do składu w ligach 10-12 osobowych i liczyć, że jego produkcja nam to zrekompensuje.
- Brandon Roy (POR) – MIN 40; PTS 24; REB 3; AST 6; STL 3; FG 9/20; 3P 4/6
Brandon Roy wraca do formy sprzed dwóch lat. Lider Blazers zagrał doskonały mecz i poprowadził swoją drużynę do zwycięstwa.
- Louis Scola (HOU) – MIN 33; PTS 18; REB 16; AST 4; STL 1; FG 7/18
                                       MIN 38; PTS 36; REB 16; STL 1; BLK 1; FG 14/24       
Louis Scola ma po dwóch meczach sezonu średnią 16 zbiórek i 27 punktów! W szalonym meczu przeciwko GSW w którym padło 260 punktów Louis był nie do zatrzymania rzucając 36 punktów i zbierając 16 piłek. Jeśli utrzyma taką formę to zacznę żałować, że pominąłem go we wszystkich moich draftach…
- Pau Gasol (LAL) – MIN 40; PTS 29; REB 11; AST 2; BLK 2; FG 11/23
Pau jest w formie I to mnie bardzo cieszy gdyż jest on głównym filarem moich dwóch drużyn fantasy. Budujące jest to jak dobrze radził sobie z Yao, przy którym wyglądał jak mały chłopczykJ Swoją drogą niezapomniany widok.
- Shannon Brown (LAL) –MIN 21; PTS 16; STL 4; FG 6/9; 3P 4/5
Shannon odpalał trójki jak szalony, atakował kosz, generalnie robił wszystko to czego od niego oczekują w LA a nawet odrobinę więcej. Pierwsze sygnały dobrej formy dochodziły już z preseason, jednak nie zawsze udaje się to przenieść na grunt RS. Brownowi póki co to się udaje całkiem nieźle.
- Devin Harris (NJN) – MIN 31; PTS 22; AST 9; REB 4; STL 2FG 8/15
Devin wraca do formy All-star? Z takim wnioskiem jeszcze poczekajmy kilka meczów z odrobinę bardziej wymagającymi rywalami niż Detroit. Niemniej jednak taka produkcja cieszy wszystkich właścicieli fantasy.
- Wilson Chandler (NYK) – MIN 29; PTS 22; REB 8; AST 2; FG 10/18
Chandler miał chyba coś do udowodnienia włodarzom Knicks lub trenerowi D’Antoniemu. Wyszedł z ławki i zagrał doskonały mecz, także pod kątem fantasy. Był liderem Knicks jeśli chodzi o punkty oraz drugim zbierającym.
- Francisco Garcia (SAC) – MIN 34; PTS 22; REB 3; AST 4; STL 3; BLK 1; FG 7/12
Garcia godnie zastąpił w piątce Tyreke Evansa. Taki zawodnik wyciągnięty  w ostatniej rundzie draftu musi cieszyć. Poczekajmy jednak z euforią kilka meczy i zobaczmy jakie staty dostarczał będzie Francisco grając z ławki.
- Joakim Noah (CHI) – MIN 39; PTS 18; REB 19; AST 2; STL 2; BLK 2
No dobra, tego się można było spodziewać prawda? Po takiej końcówce ubiegłego sezonu oraz grach przedsezonowych podczas większości draftów było prawdziwe polowanie na Joakima. U mnie skuteczne w 33%. To będzie jeden z najlepszych z punktu widzenia fantasy center w NBA w tym roku! Być może top 10 – 15 overall.
- Russell Westbrook (OKC) – MIN 35; PTS 28; REB 10; AST 6; STL 2; BLK 1; FG 8/15
Pojedynek Russella z Rosem musiał być elektryzującym przeżyciem. Ja niestety nie miałem przyjemności tego oglądać ale patrząc na staty obu panów nie mam wątpliwości, że rozmawiamy o dwóch najlepszych (plus Rondo) młodych PG. Obydwoje muszą jeszcze popracować nad rzutem, w szczególności za trzy punkty (podobnie jak Rondo, który ma jeszcze dodatkowo od odrobienia lekcję pt. rzuty osobiste) jednak to już w tej chwili jest czołowa 6-7 rozgrywających w NBA.
- Roy Hibbert (IND) – MIN 33; REB 9; AST 3; BLK 3; FG 10/17; FT 8/8
Tutaj muszę uderzyć się w pierś. Przespałem świetnego gracza. Zlekceważyłem jego dobrą grę w preseason i nie wziąłem go w ani jednym drafcie. Zmyliło mnie także to, że on już był zapowiadany jako objawienie ubiegłego sezonu i nie przełożyło się to na rzeczywistość. Jak widać Roy bardzo się rozwinął. Nie bez znaczenia jest także brak konkurencji w postaci Troya Murphyego. Hibbert będzie dostarczał doskonałych statystyk wiec jeśli macie możliwość to trejdujcie po niego.
                                              
DOWNS:
- Chris Bosh (MIA) – MIN 38; PTS 8; REB 8; AST 2; STL 1; BLK 1;  FG 3/11
Niestety Chris nie zaliczy debiutu w barwach Heat do udanych. Podobnie jak drugi z trio (patrz poniżej) wypadł blado i został praktycznie wyłączony z gry (nie po raz pierwszy) przez Kevina Garnetta. Bosh wyglądał na parkiecie w Bostonie jak mały, zagubiony żółwik. Lepiej poszło Chrisowi w Philadelphii, gdzie rzucił 15 pkt, miał 7 zbiórek i skuteczność z gry na poziomie 50%. Ciągle nie jest to jednak poziom, na jaki liczyli wybierający go managerowie fantasy…
- Dwyne Wade (MIA) – MIN 37; PTS 13; REB 4; AST 6; STL 3; FG 4/16; TO 6
W przypadku Dwyne na jego obronę można napisać, że stracił on praktycznie cały preseason lecząc kontuzję. Na pewno nie bez znaczenia była twarda obrona zielonych. Dwyne będzie się rozkręcał z meczu na mecz. Nie ma co do tego wątpliwości. Pokazał to już w drugim meczu przeciwko 76ers, w którym rzucił 30 punktów, miał 7 zbiórek, 4 asysty, 3 przechwyty,2 bloki i 1 stratę. Stary dobry WadeJ
- Hedo Turkoglu (PHO) – MIN 27; PTS 6; REB 3; AST 2; PF 5
Niewiele dobrego można napisać po pierwszym meczu o Suns. Wygląda na to, że Steve Nash nie jest pesymistą lecz zwykłym realistą. Jedynym jasnym punktem był JRich. Nasha dyskwalifikuje 9 strat. Jednak na tle miernych Słońc „wyróżnił się” Hedo. 3 zbiórki od silnego skrzydłowego? 2/7 z gry? R U kiddin’ me? To, że z Turka żaden PF wiedzieli wszyscy (no może poza władzami Suns), to, że Słońca będą przegrywać deski w większości meczów też. Jednak jeśli twój starting center zbiera 5 piłek, skrzydłowi dodają do tego 4 kolejne a dwóch obrońców zbiera w sumie 10 piłek to coś tu chyba jest nie tak… Wynik? Blazers 48 zbiórek – Suns 30 zbiórek. Tyle samo zebrał wyjściowy frontcourt Blazers (camby 10; batum 11; aldridge 9). To będzie bardzo ciężki rok dla Słońc i dla Steve’a. Że też na starość przyszło mu grać w takiej ekipie…

wtorek, 26 października 2010

ONCE BROTHERS

W tym poście odejdę trochę od fantasy i napiszę parę słów o filmie, który wczoraj skończyłem oglądać. „Once brothers” z ESPNowej serii 30 for 30 to film o nieodżałowanym Drażenie Pertovicu, film o Vlade Divacu, o ich przyjaźni, grze w europejskim Dream Teamie (bo takim mianem określano w latach 90tych reprezentację Jugosławii) oraz o wojnie  na Bałkanach i tragicznej śmierci Drażena. Mimo, że mniej lub bardziej znałem tą historię już wcześniej, to film zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Być może dlatego, że scenariusz napisało życie a hollywoodzkie efekty specjalne zastąpiono fantastycznymi zagraniami Drażena.
Wszyscy wiemy jaką wylęgarnią talentów koszykarskich są Bałkany. Nie dziwi mnie to wcale wiedząc, jak promuje się tą dyscyplinę sportu w tym  rejonie europy. Spędziłem ostatnie dwa urlopy w Chorwacji i Czarnogórze i boiska do koszykówki są tam wszechobecne. I to nie byle jakie boiska lecz oświetlone, ze sztuczną nawierzchnią i siatkami na obręczach. Mimo tego, że jest ich naprawdę sporo, bardzo ciężko jest znaleźć jakiś wolny kosz, na który można by sobie porzucać. Bardzo chciałbym, żeby kiedyś podobnie było w Polsce. Niestety w naszym kraju większość boisk to pourywane kosze, spróchniałe tablice i szkło z rozbitych butelek po winie…
Kariera Drażena zaczęła się pewnie na jednym z takich boisk, jednak film pokazuje go dopiero jako ukształtowanego gracza, lidera reprezentacji, do której dołącza młodszy o cztery lata Vlade Divac. Chłopaki bardzo szybko się zaprzyjaźniają – zarówno na boisku jak i poza nim. Reprezentacja Jugosławii pod ich dowództwem kroczy praktycznie od zwycięstwa do zwycięstwa. W ciągu 6 lat zdobywają dwa medale olimpijskie oraz mistrzostwo świata i europy. Gdzieś w międzyczasie w ich życiu pojawia się NBA. W 1989 roku Vlade trafia do Lakers a Drażen do Blazers. Niestety dla Drażena jest to ogromna próba charakteru. W Portland grają bowiem Drexler, Porter, Ainge i dla młodego obrońcy z europy nie zostaje zbyt wiele minut. Drażenowi, który w europie był gwiazdą, najlepszym zawodnikiem, ciężko przychodzi zaakceptowanie takiej roli w zespole. Wiedzieliście, że ten koleś rzucił w jednym meczu 112 punktów?? Jednym z refleksyjnych momentów filmu jest fragment, kiedy Divac wspomina, jak Drażen dzwonił do niego i mówił podekscytowany „hey, I scored 2 points!”. Vlade mówi, że wiedząc jak doskonałym graczem jest Pertovic, serce mu pękało słysząc, jak cieszy się z dwóch zdobytych punktów. Drażen to tytan pracy, urodzony walczak. Danny Ainge wspomina, jak po jednym z treningów pojechał do jego mieszkania i zmęczony zasnął na kanapie. Obudził się po godzinie i zastał Pertovica na rowerze treningowym, całego zlanego potem i spytał zdziwiony „hey man, what are you doing? We have next training in an hour!”. Myślę, że ten przykład mówi wszystko o tym jakim graczem i człowiekiem był (jak go nazywali w USA) Draz.  Kiedyś jakiś sławny trener powiedział zdanie które brzmiało mniej więcej tak: „Mówi się, że z talentem rzutowym człowiek się rodzi, jednak dziwnym zrządzeniem losu, najlepszymi strzelcami są ci, którzy pierwsi przychodzą na trening i ostatni z niego wychodzą”. Nie sposób się z tym nie zgodzić. Sam zawsze ( z braku centymetrów i dynamiki) opierałem swoją grę na dobrym rzucie i wiem ile czasu jako nastolatek spędzałem na boisku sam, rzucając, rzucając, rzucając. W zimie natomiast doprowadzałem do szaleństwa rodziców i sąsiadów godzinami rzucając w domu do mini kosza zamontowanego na ścianie. Joe Dumars wspomina Drażena z czasów jego gry w Nets (Drażen został wytransferowany do Nets w 1991 i  tu napisał zupełnie inny rozdział swojej kariery). Dumars (czterokrotny all NBA defensive team) mówi o tym, jak ciężkim do krycia zawodnikiem był Pertovic. Z ręką na twarzy trafiał kolejne trójki jak maszyna. Tak jak już wspomniałem, Drażen w New Jersey w końcu znalazł swoje miejsce. Grał w pierwszej piątce, rzucając średnio 22 ,3 punkty na skuteczności 52% z gry oraz 45% za trzy. Kto nie chciałby mieć takiego gracza w swojej drużynie fantasy?:) Był też niekwestionowanym liderem Nets na i poza boiskiem. Nie okazywał respektu dla najlepszych, tocząc niesamowite boje z Michaelem Jordanem i Reggie Millerem. Reggie ponoć stwierdził, że uwielbia grać przeciwko Petrovicowi ponieważ może uprawiać trash talk w czterech językach :). Jako ukoronowanie doskonałego sezonu wybrany został, jako pierwszy europejczyk w historii, do trzeciej piątki NBA. Wyczyn ten powtórzył wprawdzie Detlef Schrempf w sezonie 94/95, jednak był to jednorazowy wyskok Niemca. Dopiero Dirk Nowitzki powtórzył a nawet przebił dokonanie Petrovica otrzymując w sezonie 06/07 nagrodę MVP. Jednak to Drażen i Divac przetarli w NBA szlaki dla graczy ze starego kontynentu. Ja osobiście (wiedząc jakim zawziętym i zdyscyplinowanym graczem był Petro) zastanawiam się co jeszcze osiągnąłby Drażen w NBA gdyby dane mu było pograć jeszcze 3,4 lata…
Był to rok 93, jednak wcześniej zaczęła się wojna na Bałkanach, która zabiła nie tylko ponad 100 tysięcy ludzi ale także przyjaźń między Petrovicem i Divacem. Po zwycięskim dla Jogosławii finale mistrzostw świata w 1990 roku obydwaj gracze świętowali w swoich objęciach. Nagle w otoczeniu graczy pojawił się kibic z chorwacką flagą. Divac zobaczywszy to odebrał mu flagę i wyrzucił ją poza boisko. Oczywiście zostało to szeroko skomentowane i osądzone. Divac stał się wrogiem publicznym numer jeden w Chorwacji. Sam zainteresowany wyjaśnia, że czuł się wtedy Jugosłowianinem i chciał świętować sukces całej Jugosławii. Nie chciał aby to zwycięstwo zostało w jakikolwiek sposób upolitycznione. Mówił też, że gdyby to była flaga Serbska zrobiłby to samo. Czy tak byłoby naprawdę? Może tak, może nie. Jednak kibic pojawił się w flagą chorwacką i Vlade zareagował także w dużej mierze emocjonalnie. Dużo gorszym od publicznego potępienia była jednak dla Divaca strata przyjaciela. Drażen nigdy mu tego nie wybaczył i zerwał wszelki kontakt. Możemy to potępiać, jednak nigdy nie będziemy w stanie wczuć się w sytuację tamtej dwójki. W Jugosławii codziennie ginęli ludzie. Życie rodziny i przyjaciół Petrovica było zagrożone. Osobiście nie wiem jak zachowałbym się na miejscu Drażena i nie ośmielę się go osądzać. Dodatkowo był on wielkim patriotą o czym świadczy fragment filmu, kiedy zapytany o całą sytuację oraz wojnę z dumą odpowiada „I am croatian”. To po prostu trzeba zobaczyć…
Petrovic razem z Chorwacją zdobywa jeszcze srebrny medal olimpijski w Barcelonie, przegrywając w finale z pamiętnym Dream Teamem. Jednak mecz ten przez długi czas był dość wyrównany a Drażen był po raz kolejny liderem rzucając 24 punkty, w tym dwie trójki w ciągu zaledwie kilku sekund po przechwycie na Jordanie (fragment uwieczniono na filmie). Divac oglądał ten mecz z trybun (Jugosławia została z turnieju wykluczona w związku z działaniami wojennymi w Bośni i Hercegowinie). Jak sam mówi, oglądał ten finał z ciężkim sercem i mimo, że amerykański, oryginalny dream team to była bezsprzecznie najlepsza drużyna w historii koszykówki, to Vlade zastanawia się jakby wyglądał ten mecz, gdyby zagrali w nim razem, pod wspólną flagą Jugosławii. Zastanawiam się i ja, ponieważ mecz pomiędzy dream teamem a reprezentacją Jugosławii z tamtych lat mógł być czymś co przeszłoby do historii koszykówki. W 93 roku Petrovic przyjechał wraz z drużyną Chrowacji do naszego kraju aby wziąć udział w eliminacjach do mistrzostw europy. Znów był wielkim liderem i graczem a Chorwaci łatwo zakwalifikowali się do turnieju. Jednak w nim zagrali już bez swojego lidera. Petrovic bowiem zginął w wypadku samochodowym w Niemczech w drodze do domu. Tak jak w przypadku każdego człowieka jest to tragedia, jednak w przypadku człowieka, który otrzymał taki talent od Boga, człowieka, który być może zmieniłby historię zarówno NBA jak i reprezentacji swojego kraju, ten żal jest jakiś spotęgowany. Na myśl od razu przychodzi nasz Arkadiusz Gołaś… Odpoczywajcie w pokoju chłopcy.
Film kończy się wzruszającym powrotem Divaca do Zagrzebia, wizytą w domu rodzinnym przyjaciela, rozmową z jego matką oraz bratem i wspominaniem Drażena a także odwiedzinami jego grobu. Jak duże są ciągle animozje pomiędzy obydwoma narodami niech świadczy fakt, że Divac spacerujący po ulicach Zagrzebia wywołuje nienawistne spojrzenia przechodniów. A przecież od wojny minęło prawie 20 lat…
Film po prostu genialny, doskonale pokazujący emocje jakie towarzyszyły zarówno Drażenowi jak i Vlade. Uzmysławia także jak los czasem brutalnie przerywa wspaniałe życie i wspaniałą karierę. Parafrazując słynnego komentatora NBA (nie pamiętam w tej chwili nazwiskaJ) – jeżeli nie spodoba Ci się ten film to znaczy, że nie lubisz koszykówki.

PEACE!